Ten wpis pojawił się po raz pierwszy w sekcji „Notatki” na moim profilu na Facebooku w ostatnim dniu 2013 roku. Zamieszczam go na blogu w celach archiwalnych, ponieważ serwis Facebook wyłączył funkcję „Notatki”. Oryginalny link można znaleźć tutaj (wersja na komputery stacjonarne): https://www.facebook.com/notes/10164512558955533/

To pora roku, w której ludzie ogłaszają swoje postanowienia noworoczne i wyrażają wdzięczność za to, jak wspaniały był miniony rok. To czas, w którym – jeśli ma się szczęście – można zajrzeć do wewnętrznego świata znajomych, którzy piszą w mediach społecznościowych, by wyrazić wdzięczność za wydarzenia minionego roku i kamienie milowe, jakie osiągnęli w swoim życiu.
To niesamowite, jak szybko minął rok 2013. Rok 2013 był dla mnie okresem pełnym stoickiego spokoju i introspekcji, w dużej mierze ze względu na to, jak potoczył się rok 2012 i jak burzliwe było dotychczas moje życie. Nie zrozumcie mnie źle. Nie piszę tego, żeby narzekać czy się skarżyć – nie jestem taką osobą. Pomyślałem, że skorzystam z okazji, żeby się trochę otworzyć, bo uznałem, że to dobrze wpłynie na moją duszę i będzie dobrym sposobem na rozpoczęcie nowego roku oraz ugruntowanie się w nim.
Wielu moich bliskich przyjaciół, dzięki którym czuję się na tyle bezpiecznie, by się przed nimi całkowicie otworzyć, wie, że moje dzieciństwo było bardzo burzliwe. Moi rodzice nie należeli do najlepszych. Moja matka jest agresywną, narcystyczną kobietą o złośliwym języku i mściwym, gwałtownym usposobieniu, która nie wahała się podnosić ręki na swoje dzieci, karząc je uderzeniami w twarz, zanim jeszcze osiągnęły wiek nastoletni, a także obrażając je słownie, mówiąc im, że są bezwartościowe i że jej życie byłoby lepsze, gdyby się zabiły. Jest klasycznym przykładem tego, jak wyglądają agresywne, narcystyczne matki. Z kolei mój ojciec znęcał się nad żoną, częściowo dlatego, że moja matka zdawała się czerpać przyjemność z prowokowania go, ale także z powodu jego temperamentu, gdy był młodszy. Chociaż nie był tak złośliwy w słowach, był również agresywny i rzucał przedmiotami oraz stosował przemoc fizyczną wobec swoich dzieci, gdy się złościł. Nie wahał się również przed uderzaniem swoich dzieci w twarz. W wieku zaledwie 7 lat byłam świadkiem, jak podczas ogromnej kłótni moja matka przyłożyła tasak do szyi mojego ojca. W wieku 9 lat dwukrotnie dzwoniłam na policję, aby aresztowano mojego własnego ojca za bicie mojej matki, co skutkowało uzyskaniem przez nią nakazu ochrony osobistej, więc kolejny akt przemocy skończyłby się dla mojego ojca więzieniem. Środowisko nie mogło być bardziej toksyczne.
Przez całe dzieciństwo dorastałem w atmosferze scen, w których moi rodzice krzyczeli na siebie i wdawali się w niezwykle gwałtowne kłótnie, które niemal zawsze kończyły się tym, że walili się na podłodze, kopiąc się i uderzając pięściami. Sceny te przypominały te z filmów sensacyjnych, w których ktoś próbuje zabić swojego współmałżonka. Miałem zaledwie cztery miesiące, kiedy przyjechałem do Singapuru z Tajwanu, więc nie pomagało to, że nie miałem tu żadnych krewnych, którzy mogliby interweniować lub mediować. Mimo że mam siostrę, to nie pomagało to zbytnio, ponieważ musiała ona zmagać się z dokładnie tymi samymi wyzwaniami, co ja jako dziecko, a ponadto miała swoje własne życie. Czasami to ja byłem obiektem gniewu mojej siostry, ale nie winię jej za to, ponieważ pod wieloma względami wiem, przez co musiała przejść i z czym się zmagać.
Dorastanie było ciężkie – brakowało mi wsparcia, poczucia bezpieczeństwa i ciepła. Z trudem przypominam sobie jakiekolwiek szczęśliwe chwile spędzone z rodziną, bo po prostu ich nie było. Dorastałem w środowisku rażącej przemocy fizycznej i emocjonalnej – moi rodzice często wyładowywali na nas swoje frustracje i urazę. Przemoc trwa do dziś. Większość ludzi może nie zgadzać się na dzielenie się tym, co dzieje się w rodzinie z osobami z zewnątrz, i pragnie trzymać się tradycyjnych chińskich przekonań, że 家醜不可外揚, ale ja się z tym nie zgadzam. Są dzieci, które potrzebują pomocy, ale nie wiedzą, jak o nią poprosić, ponieważ nie potrafią nawet zrozumieć tego, przez co przechodzą, i przenoszą ten ukryty strach i traumę do okresu dojrzewania i dorosłości, tak jak ja. Nie zajmowanie się takim bólem i nie leczenie go ma druzgocące konsekwencje, czego doświadczyłam na własnej skórze.
Nie zamierzam tu osądzać moich rodziców. Każdy ma swoje demony i długi – ich problemy i wzajemna niechęć nie mają ze mną nic wspólnego. Chociaż nie mogę im podziękować za szczęśliwe dzieciństwo, jestem wdzięczny za doświadczenia i trudności, przez które mnie przepuścili, ponieważ nauczyły mnie one wielu rzeczy i dały mi jasny kierunek, jakim człowiekiem, przyjacielem, mężczyzną i mężem chcę być. Przez lata wykształciły we mnie również odporność, pozytywne nastawienie i hart ducha. Wiem, że jako rodzice zrobili, co mogli, i to wystarczy; miałem wygodne życie pod względem materialnym i jestem za to wdzięczny, chociaż bez wahania zamieniłbym to na rodzinę i dom pełne ciepła. Nieuniknione blizny na zawsze pozostaną w sercach i umysłach wszystkich, a nikt już nie zachowuje się tak, jakby byli rodziną, i przez prawie trzy dekady brnęliśmy naprzód z dziwnym wyobrażeniem tego, czym jest normalność. Nie mogę zaprzeczyć, że wciąż czuję w sobie gniew i urazę, więc trzymam się na dystans i skupiam się na własnym życiu. Nie mogę twierdzić, że jestem najbardziej posłusznym synem, ani nie staram się nim być. Zrobiłem wiele rzeczy, z których nie jestem dumny. Niestety, biorąc pod uwagę moją sytuację, czasami nawet nie wiem, jak to zrobić – mówię sobie, że najlepszym sposobem, w jaki mogę okazać synowską cnotę, jest pośredni sposób: starając się jak najlepiej być dobrym człowiekiem, z którego rodzic może być dumny. Poza tym jest wielu ludzi, którzy mają znacznie gorzej, więc nie mogę narzekać – choć od czasu do czasu pozwalam sobie na smutek z powodu tego, czego pragnę, a czego nie mam, zamiast po prostu znieczulać ból.
Kiedy spoglądam wstecz na lata mojego dorastania, widać wyraźnie, że pojawiały się już wtedy pewne oznaki trudnego dzieciństwa. Brakowało mi pewności siebie; jadłem zbyt dużo, co nie służyło mojemu zdrowiu; ciągle czułem się przygnębiony; trudno mi było nawiązywać przyjaźnie i nieustannie szukałem ciepła i akceptacji gdziekolwiek indziej, tylko nie w rodzinie, co skutkowało wykluczeniem, ponieważ miałem trudności z dopasowaniem się – to sprawiało, że dorastanie było jeszcze trudniejsze. Wykazywałem bardzo typowe objawy dziecka z problemami, które można znaleźć w każdym podręczniku psychologii. Przez wiele lat, ponad 20, jeśli chcesz to oszacować, czułem się, jakbym błąkał się na ślepo w ciemności, ciągle zadając sobie pytanie: „Dlaczego żyję? Po co mnie tu sprowadzono, skoro mam tylko cierpieć?”. To okropny sposób na dorastanie i bardzo współczuję małym dzieciom, które walczą o to, by dorastać szczęśliwie w swoich dalekich od ideału środowiskach.
Miałem ogromne szczęście, że w okresie dorastania, kiedy kształtowała się moja osobowość, spotkałem wielu dobrodziejów. W szkole podstawowej miałem nauczycielkę, panią Seet Puay Wan, która osobiście zwróciła się do dyrektora z prośbą, by pozwolił mi uczęszczać do klasy EM1, mimo że kwalifikowałem się jedynie do klasy EM2 – nie miałem pojęcia, dlaczego to zrobiła, a ona nie miała żadnego pojęcia o mojej sytuacji rodzinnej. Do dziś pamiętam, co dla mnie zrobiła, a to prawdopodobnie zmieniło kierunek, w jakim ostatecznie potoczyło się moje życie. Udało mi się dostać do SJI z wynikiem 245 punktów w egzaminie PSLE i znalazłem się w jednej z trzech najlepszych klas, ale ostatecznie spadłem do ostatniej klasy w trzeciej klasie po egzaminach klasyfikacyjnych. Moja wiara w siebie i przyszłość była na najniższym poziomie, ale na szczęście miałem kilku nauczycieli (pana Bernarda Low, panią Tay Tze Hoon, pana Sirhana itp.), którzy byli wobec mnie niezwykle cierpliwi i nie zrezygnowali ze mnie, mimo że nieustannie zasypywałem ich pytaniami i innymi bzdurami. Potem dostałem się do Catholic Junior College i kontynuowałem swoją fatalną passę w nauce. Wciąż będąc w stanie zagubienia i zwątpienia, ówczesny dyrektor naszej szkoły, brat Paul Rogers, osobiście się do mnie zwrócił i upewnił się, że wszystko u mnie w porządku – do dziś pamiętam jego życzliwość i współczucie. Nie zapominajmy też o pani Yeow, mojej wychowawczyni, która jak starsza siostra przeprowadziła mnie przez jeden z najtrudniejszych okresów nastoletnich. Cudem udało mi się dostać na uniwersytet, a jeszcze większym cudem, dzięki moim osiągnięciom w Weiqi, dostałem się do NUS Business School, miejsca przeznaczonego głównie dla studentów z samymi piątkami, pochodzących z najlepszych szkół średnich – nigdy nie sądziłem, że się tam dostanę, zwłaszcza że oblałem wszystkie przedmioty podczas egzaminów wstępnych na drugim roku w szkole średniej. Jeśli chodzi o Weiqi, muszę również podziękować mojemu trenerowi Weiqi za dostrzeżenie mojego potencjału jako szachisty i zapewnienie mi tych wszystkich lat treningu. Potem przyszła służba wojskowa, o której nie mam zbyt wiele do powiedzenia, poza tym, że żałuję, iż doznałem kontuzji pleców i nie pozostałem w oddziałach komandosów, oraz że żałuję, iż nie miałem wówczas silniejszego, bardziej dojrzałego umysłu. Podsumowując, naprawdę miałem i nadal mam w życiu wielu dobroczyńców, którzy mi pomagają i podnoszą na duchu, gdy tego potrzebuję.
Zanim poszedłem na studia, udało mi się pokonać problem braku pewności siebie. Jednak na tym etapie życia dręczył mnie inny demon, który znajdował się na skrajnie przeciwnej stronie spektrum. Pełen nadmiernej pewności siebie i zapału, wkroczyłem w fazę, w której zacząłem szukać uznania, a nawet podziwu – uznania i podziwu, których w głębi podświadomości pragnąłem, by uzasadnić swoje istnienie i to, przez co musiałem przejść; uznania, którego nigdy nie otrzymałem od rodziców. Co więcej, czułem, że jestem lepszy od innych, bo musiałem przejść przez to, co przeszedłem – głupia myśl. Wykształciłem w sobie nastawienie, że nie pozwolę sobie na słabość, smutek czy wrażliwość, bo miałem dość takich uczuć, a w szkole byłem odrzucany i wykluczany za to, że byłem, cóż, inny. To nastawienie i mechanizm radzenia sobie, wynikające z mojej niezdolności do zaakceptowania mojej prawdziwej natury, z pewnością miały swoje konsekwencje. Gdy moja podświadomość walczyła o przezwyciężenie moich problemów i uśmierzenie mojego nierozwiązanego bólu, zmieniłem się w pozbawionego empatii, nadmiernie racjonalnego i ambitnego potwora, który zrobiłby wszystko dla pieniędzy, uznania i statusu. Porzuciłem swoje prawdziwe ja i stałem się kimś, kim nie byłem, myśląc, że dzięki temu będę bardziej adekwatny, akceptowany i kochany. Trzymałem się tego nowo wykreowanego wizerunku i tożsamości, które uważałem za lepsze, a ilekroć spotykałem ludzi, którzy czuli się smutni lub przygnębieni, postrzegałem ich jako słabeuszy, którzy nie zasługują na pomoc ani współczucie, bo skoro ja potrafiłem pokonać swój ból, to oni też powinni. Zrozumiesz, że wielu mężczyzn ma ten sam problem i stosuje ten sam toksyczny mechanizm radzenia sobie. Nigdy nie byłem tak blisko utraty swojego człowieczeństwa, a ironią losu było to, że nie pokonałem niczego ani żadnej ze swoich wad, pomimo wszystkich wysiłków, które, jak mi się wydawało, włożyłem w to.
Moje problemy i pustka, jaką czułem w sobie, uświadomiły mi się dopiero w 2012 roku dzięki wydarzeniom, które miały miejsce w tym roku, kiedy moje życie legło w gruzach. Mój partner biznesowy mnie zdradził; straciłem oszczędności całego życia i o mało co nie zbankrutowałem; mój związek się rozpadł, a moja rodzina znalazła się w rozsypce. Fałszywy wizerunek i maska, które nieświadomie nosiłem, zostały zerwane. Przez krótki okres w 2012 roku, kiedy robiłem zdjęcia z supermodelkami i spędzałem czas w najmodniejszych klubach, myślałem, że jestem na najlepszej drodze do sukcesu, ale fałszywe uznanie i podziw, które wydawało mi się, że wtedy czerpałem od ludzi, były jedynie przemijającą farsą, która w każdej chwili mogła się rozpaść. Ten dzień oczywiście nadszedł i wszystko się rozpadło, ale cieszę się, że tak się stało – ponieważ mogłem uwolnić się od moich problemów i przeszłości wraz z maską, którą nosiłem przez tyle lat.
W 2013 roku moje życie znacznie się poprawiło. Oprócz pracy nad własnymi projektami i ponownej próby swoich sił w biznesie poświęciłem sporo czasu na czytanie chińskich klasyków. Nigdy nie czułem się bardziej spokojny. Chociaż w rodzinie nadal zdarzało się kilka nieprzyjemnych incydentów, postanowiłem, że nie będę już pozwalał ojcu na emocjonalne wykorzystywanie mnie ani matce na emocjonalne i werbalne znęcanie się nade mną, w wyniku czego doszło do konfliktów, gdy próbowałem bronić się przed tymi nadużyciami. Ten rok jest pierwszym rokiem, w którym nie będę uczestniczył w rodzinnej kolacji podczas chińskiego Nowego Roku i prawdopodobnie nigdy więcej nie wezmę w niej udziału. Niezależnie od tego postrzegam to jako niezbędny etap i zmianę, która pozwoli mi zamknąć ten rozdział i uwolnić się spod wpływu rodziców, którzy postrzegają mnie wyłącznie jako obiekt swoich problemów i frustracji.
Religia odegrała w moim życiu ogromną rolę. Wychowałem się w wierze buddyjskiej, ale nie traktowałem spraw duchowych ani religii poważnie, dopóki nie osiągnąłem wieku dwudziestu kilku lat. Nie mogę wypowiadać się na temat innych religii, ponieważ nie zgłębiłem ich dogłębnie, ale to, co pomogło mi przetrwać niektóre z najbardziej zagmatwanych i samotnych okresów w moim życiu, nastąpiło wtedy, gdy w końcu zrozumiałem, co moim zdaniem było sednem nauk głoszonych przez niektórych naszych proroków religijnych. Buddyjski sposób wyjaśnienia tego jest bardzo prosty do zrozumienia, przynajmniej dla mnie. Celem ludzi, którzy przyjmują bardziej duchowe podejście do życia, zawsze było osiągnięcie tego „bez-egowego” stanu umysłu, który, jak wierzę, rodzi niektóre z najpiękniejszych cech ludzkości – dobroczynność, altruizm, bezwarunkową miłość itp. Poświęcasz swój umysł, ciało i serce służbie innym, a to naprawdę uwalnia cię od wszelkich udręk. Zrozumienie i docenienie tej idei pomogło mi przetrwać trudne chwile, ale uwierzcie mi, gdy mówię, że łatwiej to powiedzieć niż zrobić, ponieważ straciłem rachubę, ile razy zboczyłem z drogi w ciągu ostatnich 5–7 lat, gdy przedkładałem własny interes i egoizm nad wszystko inne. Co sprawia, że jest to jeszcze bardziej przerażające, to fakt, że nawet nie zdajesz sobie sprawy, kiedy zboczyłeś z drogi. Jeśli chodzi o religię, nie lubię naklejać na siebie etykietki „buddyjski” – nie sądzę, że powinniśmy dać się rozpraszać materialną formą. Myślę, że jednym z trafnych sposobów wyjaśnienia tego stanu „bez ego”, bez angażowania zbyt wielu religijnych terminów, jest książka Eckharta Tolle’a „Potęga teraźniejszości” i jego wyjaśnienie „bycia w teraźniejszości” – choć cztery słowa to za mało, by naprawdę zrozumieć, co oznacza „bycie w teraźniejszości”. Słowa i język nigdy nie są wystarczającym ani odpowiednim medium do opisania tego, co dzieje się w umyśle, jeśli chodzi o duchowość.
Czasami ludzie pytają mnie, dlaczego mówię i patrzę na świat tak, jakbym miał już po pięćdziesiątkę lub sześćdziesiątkę. Nie chodzi o to, że chcę udawać kogoś starszego od siebie albo zachowywać się, jakbym był starszy czy mądrzejszy – bo tak nie jest. Po prostu moje doświadczenia ukształtowały mnie jako osobę i naprawdę nie potrafię mówić ani myśleć inaczej niż to robię. Nie śmiałbym myśleć, że w wieku 27 lat nauczyłem się już wszystkiego, czego potrzebuję w życiu, bo kiedy to się stanie, będzie to początek mojego kolejnego upadku. Muszę przyznać, że czasami, widząc, w jakie tarapaty wpadają ludzie znacznie starsi ode mnie, naprawdę cieszę się z tego, przez co sam musiałem przejść. Jestem bardzo wdzięczny, że miałem okazję nauczyć się wielu życiowych lekcji w stosunkowo młodym wieku i nigdy nie zamieniłbym tych doświadczeń oraz błogości wewnętrznego spokoju na nic innego.
Obecnie niewiele rzeczy mnie niepokoi, chyba że zrobiłem coś wbrew własnemu sumieniu. Ponieważ sprawiam wrażenie dość zdystansowanego, wiem, że wiele osób ma wrażenie, jakbym się o nich nie troszczył, nie interesował tym, co dzieje się w ich „ziemskim” życiu, jak to lubią nazywać, albo uważają, że mam po prostu problem z nastawieniem i czuję się lepszy od nich (co często potęguje mój bezpośredni sposób komunikowania się). To nieprawda. Wręcz przeciwnie, i mówiąc wprost, nic nie sprawia mi większej radości niż widok ludzi, na których mi zależy, szczęśliwych i mających się dobrze. Do diabła… Cieszę się nawet, jeśli chodzi o nieznajomego. To wszystko. Pozbawiono mnie miłej, ciepłej i kochającej rodziny oraz środowiska, w którym mógłbym dorastać – byłoby głupotą, gdybym odmawiał sobie możliwości stworzenia takiego środowiska poza ograniczeniami okoliczności, w których się urodziłem. Czyż każdy człowiek nie postąpiłby tak samo i nie czułby tego samego? Niestety, wciąż mam bardzo poważny problem z nawiązaniem kontaktu z własnymi emocjami, okazywaniem wrażliwości lub pozwalaniem innym być przy mnie – to pojęcie jest mi całkowicie obce, ponieważ dorastałem, nie wiedząc, czym jest ciepło ani jak to jest być kochanym – nawet przez własnych rodziców. Musiałem radzić sobie ze wszystkim sam i nie pozwalałem sobie na okazywanie ani odczuwanie słabości, ponieważ kiedy robiłem to jako dziecko, skutkowało to pogardą i izolacją. Przywrócenie tej części mojego człowieczeństwa zajmie czas i wciąż zmagam się z niektórymi wadami charakteru, które rozwinęły się u mnie w wyniku tego, jak dorastałem.
To dziwne, że tak dużo mówię o sobie, zwłaszcza gdy chodzi o sprawy niezwykle osobiste. Czuję się z tym niekomfortowo, zwłaszcza po roku życia w odosobnieniu. Nie jestem pewien, czy wynika to z tego, że jest to sprzeczne ze stanem „bez-ego”, do którego dążą praktykujący buddyści, czy też z tego, że wciąż trzymam się pragnienia, by wydawać się silnym, zdolnym i męskim, próbując jednocześnie zaakceptować maskę, którą nałożyłem, oraz ego, które rozwinąłem, by chronić się przed surowością rzeczywistości i ludźmi, którzy mnie skrzywdzili. Wiem tylko, że robienie tego – otwieranie się i bycie autentycznym – jest dla mnie lepsze niż poleganie na toksycznych mechanizmach radzenia sobie. Bycie prawdziwym i autentycznym naprawdę sprawia, że jestem szczęśliwszy i mniej zmęczony ciągłym dźwiganiem problemów i smutków, które wciąż noszę na barkach. To powstrzymuje mnie przed staniem się apatycznym nihilistą, w którym nie ma już śladu człowieczeństwa. To cecha typu 3 w Enneagramie… (Polecam wszystkim moim znajomym, żeby spróbowali tego testu – to bardzo wyjątkowy test osobowości, który bardzo mi pomógł jako osobie i jestem pewien, że pomoże każdemu, kto zechce go wypróbować.)
http://www.enneagraminstitute.com/
W każdym razie celem tej notatki, poza oczyszczeniem duszy i szukaniem pocieszenia w świadomości, że moi przyjaciele znają moją historię, jest podziękowanie wszystkim moim przyjaciołom i dobroczyńcom w moim życiu. Jest ich naprawdę zbyt wielu, by wszystkich wymienić – od hojnych, wzorowych postaci ojcowskich, przez ciepłe, kochające postacie matczyne, po starych i nowych przyjaciół, którzy towarzyszyli mi zarówno w najlepszych, jak i najgorszych chwilach. Chcę tylko, żeby wszyscy wiedzieli, że jestem wdzięczny za to, że są w moim życiu i że zawsze będę się za nich modlił. A do jakiejkolwiek istoty rządzącej wszechświatem – daj mi już spokój. Rozumiem, o co Ci chodzi i znam swój cel na tym świecie. Tym, których skrzywdziłem, sprawiłem kłopot lub uraziłem, przepraszam – to nie było i nigdy nie będzie celowe, a ja będę się starał być lepszym człowiekiem. Nigdy nie będę używał swojej przeszłości jako wymówki, by traktować ludzi w sposób, w jaki sam nie chciałbym być traktowany.
Do wszystkich, którzy zechcieli przeczytać ten nieco egocentryczny wpis: dziękuję za uwagę i za to, że poświęciliście czas, by lepiej mnie poznać. Do moich przyjaciół, którzy mieli ciężkie chwile lub obecnie przechodzą przez trudny okres – nie jesteście sami, a ja zawsze będę gotów pomóc wam, jak tylko będę mógł. To samo dotyczy oczywiście tych, którzy dobrze się bawią. =)
Dziękuję Niebiosom za to, że zawsze obdarzają mnie wieloma dobrodziejami, pozytywnym nastawieniem oraz siłą i hartem ducha, by stawić czoła każdemu wyzwaniu. Jestem bardzo wdzięczna. =)
Oby rok 2014 był szczęśliwy i niesamowity~! =D
Z poważaniem,
Shiaw-Yan



